CEiIK - Strona glówna

Koncert Katarzyny Groniec

W tym roku poza Andrzejem Poniedzielskim, Stanisławem Soyką czy Mirosławem Czyżykiewiczem wielbiciele piosenki poetyckiej obejrzeli recital Katarzyny Groniec. Artystka w trakcie Spotkań dała dwa koncerty: w Olsztynie i Szczytnie. Nam udało się porozmawiać z autorką „Listów Julii” na kilka godzin przed koncertem dla szczycieńskiej publiczności.


Dzisiaj pogoda nas nie rozpieszcza, a Pani zazwyczaj występuje boso. Co w tej sytuacji? Katarzyna Groniec założy buty?
- Zobaczymy. Rzeczywiście jest trochę zimno. Przede wszystkim będziemy musieli się ciepło ubrać. Tym bardziej musimy uważać, bo za tydzień wchodzimy do studia nagrywać nową płytę, więc musimy być w pełni sił.

Jaka będzie nowa płyta Katarzyny Groniec?
- Na pewno rytmiczna. Po jakimś czasie wprowadziłam gitarę, więc będzie też trochę inne brzmienie. Nie chcemy po kolei nagrywać instrumentów tylko to, co się da -zrobić setkę. Dlatego kondycja jest niezbędna.

Płyta będzie czymś innowacyjnym?
- Jeśli chodzi o mnie to, tak. Po pierwsze będzie to moja druga autorska płyta, dlatego jest to dla mnie bardzo ważne. Przez swoją rytmikę będzie zupełnie różna od tych, które ostatnio wydawałam. Wcześniejsze były oparte na zamyśle bardzo ascetycznym. A tutaj jest troszeczkę inaczej.

Zazwyczaj śpiewa Pani o miłości i kontaktach damsko-męskich. Czy teraz też tak będzie?
- Poniekąd tak, to jest temat, który przewija się gdzieś tam w tekstach. Ale raczej są to piosenki o innej tematyce. Płyta będzie się nazywała „Pin-up Princess”. Trudno się opowiada o muzyce i o czym to jest. Mam nadzieję, że będą to dobre piosenki. Zobaczymy jak tematycznie się ułoży i będzie czytana. Jestem tego bardzo ciekawa, bo co innego ja sobie myślę, a później co innego ludzie czytają w tekstach. Niejednokrotnie są to ciekawe interpretacje. Kiedyś na forum było takie zapytanie: „Spróbujemy zinterpretować ten tekst?”. Okazało się, że ludzie czytali tak fantastyczne rzeczy pomiędzy wierszami, że na niektóre interpretacje w ogóle bym nie wpadła. Pisząc myślę o czymś konkretnym, co jest dla mnie istotne. Potem okazuje się, że można to przeczytać w bardzo ciekawy sposób. I to jest świetne!

Tytuł płyty jest w języku angielskim. Piosenki też będzie Pani śpiewała po angielsku?
- Nie. Płyta jest cała po polsku.

„Pin-up Princess” to zerwanie z wizerunkiem melancholijnym?
- Myślę, że tak, aczkolwiek lubię melancholię. Mimo to rzeczywiście na płycie będzie więcej piosenek rytmicznych. Chociaż tematyka nie jest jakoś specjalnie wesolutka, to jednak na tyle fajnie podana, że to nie będzie ciężkie i o to mi chodziło. Po „Listach Julii”, które były bardzo wymagającą płytą, gdzie nawet nie było piosenek a raczej utwory i to napisane w specyficzny sposób, to myślę, że mnie i publiczności, która mnie lubi i te płyty kupi należy się coś lżejszego. Na pewno mnie to jest bardzo potrzebne.

Czy zmiana wizerunku scenicznego Katarzyny Groniec jest spowodowana zmianami w Pani życiu?
- Raczej nie. Na pewno tematyka i teksty siłą rzeczy są związane z tym, co mnie dotyczy. Nie napiszę czegoś, czego nie czuję, bądź nie rozumiem. To, co aktualnie przeżywam, potem z jakimś poślizgiem zapisuję. Czy to jest zmiana wizerunku? Trudno powiedzieć. Nagle nie wyskoczę w mini i nie będę epatować ciałem tylko nadal to będę ja. Tylko trochę inaczej podana.

Będzie to bardziej Katarzyna czy Kasia? Oficjalnie czy otwarcie?
- Chyba bardziej otwarcie i z przymrużeniem oka pewne rzeczy zostaną powiedziane.

Wiele razy gościła już Pani na Ogólnopolskich Spotkaniach Zamkowych. Czy ten punkt jest ważny w Pani karierze?
- Spotkania Zamkowe nie kojarzą mi się ze stresem, bo ja tutaj nie przyjeżdżałam walczyć o nagrodę. Więc są to pozytywne skojarzenia. Na konkurs pojechałam raz w życiu. To był Festiwal Młodych Talentów w Poznaniu. Uznałam, że mi wystarczy, że nie chcę się ścigać i jest to bez sensu.

To co by Pani powiedziała tym młodym ludziom, którzy tutaj walczą o Nagrodę  Główną im. Agnieszki Osieckiej? Że konkurs to zły pomysł? Może mają w inny sposób budować karierę?
- Ale w jaki sposób? Oni mają trochę przechlapane, bo żyją w trochę innych czasach, niż gdy ja zaczynałam. Powiem więcej. To, że idą taką ścieżką oznacza, że są odważni. Tym bardziej dzisiaj, kiedy skazują się na dzień dobry. Jeśli rzeczywiście to jest to, co chcą robić, a nie tylko kolejny przystanek, to muszą wiedzieć, że skazują się na medialny niebyt. Aby ktoś nas zauważył trzeba pójść do „Mam Talent” czy innego nie chcę powiedzieć „dziadostwa”, ale niektóre programy masowe tego typu właśnie takie są. Sama popkultura nie jest zła, ale niestety w większości jest to podane w sposób beznadziejny, płaski, płytki i powierzchowny. Dlatego jestem pełna podziwu, że młodzi ludzie uczestniczą w takich koncertach i wybierają taką drogę. Drogę, która nie jest łatwa.

Dwadzieścia lat temu debiutowała Pani w musicalu „Metro”. To musiała być duża lekcja dla młodej artystki. Czego nauczyło Panią Buffo?
- Wówczas Studio Buffo było pierwszym teatrem prywatnym w tym kraju. Byłam z nimi przez siedem sezonów, więc dosyć długo. Wszystko było podporządkowane scenariuszowi. To nie była nauka ogólna a konkretny materiał.  Uczestniczenie w czymś takim jak musical wówczas w Polsce było nowością i jednocześnie przedsięwzięciem na dużą skalę. Nauczyłam się bycia na scenie. Studio Buffo dało mi dużą szkołę. Byłam i solistką i tłem. To bardzo uczy pokory. Poza tym to była dobra nauka. Coś jak studia, tylko praktyczne. Od razu z ewentualnym gwizdem albo aplauzem. Było ryzykownie, ale fajnie. Wychodziło się  i dostawało brawka albo owacje. To mnie dużo nauczyło. Za jakiś czas przyszła świadomość, że pewna formuła wyczerpała się i trzeba było szukać własnych dróg. Ludzie na studiach uczyli się, a po ich zakończeniu okazywało się, że nie mają praktyki i muszą ją zdobyć. A ja miałam takie studia zawodowe.  

Czy zaczynając karierę targały Panią dylematy, w którą stronę pójść: aktorstwo czy piosenka? A może pogodzić jedno z drugim?
- Ja zawsze wiedziałam, że nie zostanę aktorką. Oczywiście zdarzały mi się przygody, może nawet bardziej „przygódki”. Wiedziałam, że bez piosenki nie jestem w stanie funkcjonować, a muzyka i piosenka to jest to, na czym mi zależny.

Co zaśpiewa Pani dzisiejszego wieczoru przed szczycieńską publicznością?
Chciałabym zagrać jeden z ostatnich koncertów opartych na „Listach Julii”.
- Będzie to kilka piosenek z tej płyty, ponieważ skład jest mniejszy. To nie będzie takie stricte granie listów Julii, bo jesteśmy w mniejszym składzie, bez kwartetu dętego. Więc zrobiliśmy program, w którym „Listy…” są, ale obok innych piosenek, które śpiewałam wcześniej.

Monika Wróblewska




Mecenasi Patroni Partnerzy



Projekt współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego
w ramach Regionalnego Programu Operacyjnego Warmia i Mazury na lata 2007-2013.